David Christopher Lane, prof. dr Nauk Filozoficznych, Wykładowca Studiów Religioznawczych Na Wydziale Mt. San Antonio College, Uniwersytetu California State University w Long Beach. Jest autorem Exposing Cults: When the Skeptical Mind Confronts the Mystical („Demaskując kulty: kiedy umysł sceptyczny spotyka umysł mistyczny”) (wyd. w Nowym Jorku i Londynie przez Garland Publishers, 1994) oraz The Radhasoami Tradition: A Critical History of Guru Succession (Tradycja Radhasoami...) (Nowy Jork i Londyn: Garland Publishers, 1992).

Dostęne jako e-book na Amazon.com

See also: Zobacz też: "It's Just Love": Ken Wilber's Integral Spiritual Experience 2 Key Note

Kuszący kurz

Dlaczego nowy kreacjonizm
Kena Wilbera to pseudo-nauka

David Lane

“Chyba żadne inne stwierdzenie nie pokazuje lepiej, że rozmówca nie rozumie ewolucji.” -- Talkorigins.org

Frank Visser w serii swoich niedocenionych esejów konsekwentnie i metodycznie krytykował Kena Wilbera w związku z jego wyraźnym niezrozumieniem ewolucji w wyniku naturalnej selekcji misunderstanding of evolution. To zdumiewające, ale Ken Wilber nigdy nie odpowiedział ani jemu, ani innym krytykom.

Znam Kena Wilbera od 1983 roku, kiedy to po raz pierwszy spotkałem się z nim oraz Treyą na obiedzie w restauracji Gaylord's Indian w San Francisco. Potem, kiedy już u Treyi zdiagnozowano raka, spotkaliśmy się na śniadaniu w Del Mar w Kalifornii, gdzie mieszkałem. W tamtym czasie Ken sprawiał na mnie wrażenie człowieka ciepłego, ujmującego i wyjątkowo bystrego. Choć już wtedy różniliśmy się w poglądach – zwłaszcza jeśli chodzi o jego sentyment dla Da Free John – zdawało mi się, że jest otwarty na krytycyzm i gotów zmienić zdanie, jeśli ktoś przedstawi mu przekonywujące argumenty.[1]

Chyba dlatego jestem bardziej zaskoczony niż inni, tym jak w ostatnich latach Ken Wilber odnosi się do swoich krytyków. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn przyjął on taką postawę, jakby celna i precyzyjna krytyka Vissera Visser's pointed criticisms albo go nie dotyczyła, albo została już w pełni odparta. Nic podobnego.

Dzisiaj, szperając w dziale czasopism mojej ulubionej w młodości księgarni Bodhi Tree przy Melrose avenue w West Hollywood, natrafiłem na ostatnie wydanie EnlightenNext (2011, wyd. 47) i przeczytałem najnowszy dialog Kena Wilbera z Andrew Cohenem. Gdy dojechałem do strony 48 szczęka mi opadła.

Nie mogłem uwierzyć w to co czytam, a zwłaszcza, że wyszło to od myśliciela, którego od dawna podziwiałem. I pomyślałem: no tak, nic dziwnego, że Wilber nie mierzy się z trudnymi pytaniami stawianymi przez Vissera, Meyerhoffa i innych. Jest po prostu kreacjonistą w znacznie większym stopniu, niż mi się dotąd wydawało, nawet jeśli udaje (niezbyt przekonująco), że jest na bieżąco z wynikam najnowszych badań w zakresie ewolucji.

Poniżej znajdują się dosłowne fragmenty z najnowszych objaśnień Kena Wilbera na temat tego, jak powstał Wszechświat. Pokazują one jak w soczewce to, co nazwałem „nowym kreacjonizmem Wilbera”. Czytając proszę postawić sobie pytanie: Czy to jest nauka?

Mit Stworzenia według Kena Wilbera

“... to znaczy, pomyśl tylko: w pewnym punkcie historii nie było nic tylko błąkające sie tu i tam atomy. I pewnego dnia kilka atomów się zebrało i siedziało sobie na herbatce, kiedy nagle spadła na nie membrana i stały się cząsteczką. Wszystkie te atomy stały się pojedyńczą cząsteczką.

No i właśnie – to jest doprawdy zadziwiające, że Wszechświat mógł to zrobić. Niektórzy uważają, że to coś w rodzaju zbiegu okoliczności, losowej i przypadkowej mutacji – ale w rzeczywistości jest to dokładnie coś odwrotnego. Odwrotnego w stosunku do przypadku i losowości. Jest dowodem na istnienie siły, która przeciwstawia się przypadkowości we Wszechświecie.

I znów – jeśli pojawienie się cząsteczek nie było dość imponujące, prawdziwy odlot to był dopiero wtedy, gdy dziesiątki cząsteczek, każda innego rodzaju, każda grająca inną rolę spotkały się na następnym wieczorku. Tak sobie imprezowały, tańczyły, siedziały. I wtedy nagle spadła na nie membrana i stały się pojedyńczą komórką. A co więcej: to żyło, to się mogło reprodukować. Fakt, że coś takiego może się zdarzyć to cud. To jest po prostu niewiarygodne.

Potem komórki krążyły długo po świecie. W końcu niektóre z nich się spotkały. I bum! Spada na nie kolejna osłaniająca je membrana i pojawiają się organizmy wielokomórkowe i życie roślinne. I tak to idzie dalej i dalej, ku coraz wyżej zorganizowanym całościom, aż do pojawienia się zwierząt, a potem zwierzęta stają się coraz bardziej złożone. Wtedy pojawia się i spada na nie sieć neuronów i powstaje gadzi pień mózgu, a potem system limbiczny, a potem mózg pierwotnych ssaków, a potem kora mózgowa. A potem - wraz z ludźmi - coś nowego: kora nowa, pozwalająca ci zrozumieć te słowa.

Dzisiaj, neodarwinowska teoria ewolucji utrzymuje, że wszystkie te transformacje wzwyż były wyłacznie rezultatem bezplanowego działania przypadku. Ale – do diabła - w żadnym razie nie może być mowy o tym, żeby Wszechświat przeszedł od atomów do Szekspira dzięki jakimś przypadkowym konwulsjom. Jest to proces niezwykle precyzyjnie kierowany.”

Źródło: http://www.enlightennext.org
EnlightenNext, nr. 47, 2011.
"The Cosmic Dimensions of Love"

Mogę uznać, że Ken Wilber wierzy, że ewolucja jest kierowana miłością, i że cały Wszechświat jest manifestacją Erosa i Agape. Ta historia stworzenia, którą opowiada Andrew'emu jest przesłodka. Jednakże, aby uznać, że ma ona cokolwiek wspólnego z nauką i że powinna być traktowana poważnie przez innych myślicieli, ba – przez ewolucjonistów – jest całkowitą niedorzecznością.

Czy ktokolwiek rozsądny może poważnie twierdzić, że rzeczywistym powodem kierującym mutacjami bakterii Klebsiella pneumonia jest powiew miłości?

Wszystko, z czym mamy tu do czynienia to mit Wilbera o tym, jak działa Wszechświat. I jako taki ma wiele cech wspólnych z innymi mitami – egipskimi, hinduistycznymi, chrześcijańskimi... Ale dzisiaj nie bierzemy dosłownie greckiego mitu, gdzie:

“Eurynome, bogini wszystkich rzeczy, wydała na świat Erosa, po tym jak obcowała z olbrzymim wężem zwanym Ofion (albo Północny Wiatr) by zaprowadzić porządek w odwiecznym Chaosie, który był otoczony ogromną rzeką, rządzoną przez boga o imieniu Ocean.”

Przyjmujemy, że historie te, choć posiadają głębokie znaczenie i niosą wiele psychologicznych i ekologicznych intuicji i wglądów – nie są traktatami naukowymi, które należy przyjmować dosłownie. Natomiast Ken Wilber potrafi bez wahania (i jak widać bez mrugnięcia okiem) stwierdzić, że całe życie „bez wyjątku jest kierowane miłością.”

To jest w tak oczywisty sposób niemądre już na pierwszy rzut oka, że człowiek się zastanawia, czy Wilber nie usiłuje nas nabrać, albo wkręcić w jakiś intelektualny odpowiednik programu „Punk'd”. By przyjąć nowy kreacjonizm Wilbera trzeba z konieczności obejść tę przeszkodę, którą stanowi nasz mózg, jako że jego teza stwarza więcej problemów logicznych niż rozwiązuje.

Dla przykładu, Wilber myśli, że z miłości powstało życie na Ziemi. A co z cała materią zawartą we Wszechświecie — od planet po gwiazdy, komety, czarne dziury — w niezliczonych ilościach, na których nie ma nawet najprostszych wirusów, nie wspominając już o meduzach.

  • Nie starczyło dla nich „miłości”?
  • A może Eros ma swoich „faworytów”?
  • Albo – dostosowując się do języka Wilbera – może pył na Księżycu nie był dostatecznie „kuszący” by stworzyć tam życie?

Moglibyśmy podążać tą ścieżką, dodając kolejne cięte riposty, ale sądzę, że zamiast tego bardziej konstruktywne będzie rozebranie na czynniki pierwsze nowego kreacjonizmu Wilbera punkt po punkcie i pokazanie dlaczego jest to tylko pseudonaukowy bełkot. Ale w tym celu musimy (znów?) pokazać jak całkowicie Wilber nie rozumie ewolucji przez naturalną selekcję, co udowadnia w swoim osttnim tête-à-tête z Andrew Cohenem.

Ken Wilber uparcie popełnia ten sam błąd twierdząc, że neodarwiniści uważają, że ewolucją kieruje wyłącznie ślepy los i przypadek (Wilber pisze: „neodarwinowska teoria ewolucji utrzymuje, że wszystkie te transformacje wzwyż były wyłącznie rezultatem bezplanowego działania przypadku.”)

Jest to zupełna nieprawda.

V. I. S. I. T. E. D.

Znany akronim, służący do nauczania dzieci w szkole podstawowej podstaw ewolucji może posłużyć tu jako narzędzie edukacyjne w celu neutralizacji uporczywie utrzymującego się nieporozumienia na temat tego czym jest dobór naturalny.

Żeby wytłumaczyć istnienie „planu” we Wszechświecie nie trzeba odwoływać się do Boga ani inteligencji. Chyba dlatego religijni fundamentaliści mają taki kłopot z darwinizmem, gdyż wykasowuje on stwórcę z mitu o stworzeniu.

Oto, czego trzeba, a każda z tych rzeczy może obejść się bez Wielkiego Panującego:

Variation + Inheritance + Selection
Including + Time
Equals = Design

Zmiana + Dziedziczenie + Włączanie selektywne
+ Czas
= Plan

Ken Wilber wytrwale uchyla się od przyjęcia do wiadomości tej prostej sekwencji kiedy mówi o ewolucji, jak też nieodmiennie - w swoim wyjaśnianiu zadziwiającego pojawienia się życia na naszej planecie – zdradza, poprzez dobór języka, swoje własne uprzedzenia na ten temat.

Zauważcie ile razy Wilber używa słowa „spada” usiłując wytłumaczyć pojawienie się nowych właściwości materii:

  1. “Kilka atomów się zebrało i siedziało sobie na herbatce, kiedy nagle spadła na nie membrana i stały się cząsteczką.”
  2. “I wtedy nagle spadła na nie membrana i stały się pojedyńczą komórką”
  3. “I bum! Spada na nie kolejna osłaniająca je membrana i pojawiają się organizmy wielokomórkowe i życie roślinne.”
  4. “Potem zwierzęta stają się coraz bardziej złożone. Wtedy pojawia się i spada na nie sieć neuronów i powstaje gadzi pień mózgu, a potem system limbiczny, a potem mózg pierwotnych ssaków, a potem kora mózgowa.”

Zgodnie z biologią molekularną nic nie „spada” w sposób, w jaki Wilber chce rzucić wątpliwość na to jak prostsze formy wiążą się, by stworzyć bardziej złożone struktury.

Na przykład łatwo możemy się przekonać na własne oczy, że złożony kompleks cząsteczek wody zwany falami nie „spada” do oceanu, tylko powstaje w wyniku bardzo fizycznych czynników, takich jak wiatr, trzęsienie ziemi, itd... Pojawienie się fal nie jest niepojętym zjawiskiem, jeśli znamy podstawy oceanografii.

Tak samo, nic meta-fizycznego nie dzieje się kiedy atomy łączą się w cząsteczki:

“Kształt cząsteczki wody to czworościan. Tlen ma sześć elektronów walencyjnych i dwie „dziury” dlatego może związać dwa atomy wodoru. Stąd, wzór chemiczny wody to H2O. Pozostałe cztery elektrony walencyjne w dwóch parach nie wiążą się z żadnymi atomami. Tlen współdzieli elektrony z wodorem, ale przyciąga je nieco silniej niż wodór i dlatego są one nieco bliżej tlenu, tworząc tak zwane wiązanie kowalencyjne biegunowe lub spolaryzowane. Dlatego, choć cząsteczka jako całość jest elektrycznie neutralna, końce cząsteczki z jądrem wodoru (sam proton) mają nieznacznie dodatni ładunek, a koniec z jądrem tlenu z powodu bliskości elektronów niewspółdzielonych – nieznacznie ujemny. Końce cząsteczek o ładunku ujemnym przyciągają końce o ładunku dodatnim innej cząsteczki wody. Tak wygląda wiązanie wodorowe. Ten typ wiązania występuje również w innych cząsteczkach, oprócz wody. ” [Zobacz: "Atoms, Molecules, Water, pH]

Zabawne, że sposób wyrażania Wilbera jest dokładnie taki sam jak kreacjonistów. Daniel Dennett w swoim słynnym traktacie , Darwin's Dangerous Idea, (Niebezpieczna idea Darwina) używa dwóch metafor do wyjaśnienia różnic między ewolucjonistami i kreacjonistami. Pierwsi przyjmują postawę „dźwigu” wobec przedmiotu badań (krok za krokiem, empircznie, weryfikowalnie), podczas kiedy drudzy (Wilber et consort) raczej używają helikoptera („spada”), co ma wskazywać na konieczność zaistnienia czegoś trans-fizycznego aby mogła powstać i pojawić się nowa struktura.

Wilber zdaje się nie rozumieć najbardziej podstawowych mechanizmów powstawania życia, bez konieczności odwoływania się do „helikoptera” albo stwórcy. Jest to zwłaszcza oczywiste, gdy stwierdza: “I wtedy nagle spadła na nie membrana i stały się pojedyńczą komórką. A co więcej: to żyje. To się może reprodukować. Fakt że takie rzeczy mogą się wydarzyć to cud. To jest po prostu niewiarygodne.”

Te dwie linijki doskonale definiują nowy kreacjonizm Wilbera.

Dokładnie tutaj Wilber może sobie podać rękę z Michaelem Behe, autorem Darwin's Black Box (Czarna skrzynka Darwina) (zresztą gorąco polecanej przez Wilbera) i koncepcji inteligentnego planu. Także Behe nie potafi wyobrazić sobie jak skomplikowana komórka mogłaby powstać w sposób czysto naturalny; i przez wiele lat głosił tezę o nieredukowalnej złożoności na poziomie komórkowym. Jego stanowisko zostało skrytykowane przez wielu biologów, którzy wykazali, że cały szereg jego przykładów ilustrujących nieredukowalną złożoność jest albo błędnych, albo zostało już wcześniej wyjaśnione bez odwoływania się do planu „wyższej instancji”. Jak tłumaczy Douglas Theobold, Profesor Uniwersytetu Bindeis University:

The Mullerian Two-Step

“termin „nieredukowalna złożoność” jest mówiąc prosto niedorzeczny — a oto dlaczego:

„Nieredukowalna złożoność” to prosta koncepcja. Według Behe system jest nieredukowalnie złożony jeśli w wyniku usunięcia jakiejś części jego funkcja jest utracona. Twierdzi on, że systemy nieredukowalnie złożone nie mogą rozwinąć się poprzez bezpośrednie, stopniowe mechanizmy ewolucyjne.

W rzeczywistości - normalne procesy genetyczne z łatwością tworzą takie struktury. Niemal sto lat temu, takie właśnie systemy były przewidziane, opisane i wyjaśnione - przy użyciu teorii ewolucyjnej - przez nagrodzonego nagrodą Nobla genetyka H. J. Muller'a. A zatem, tak zwane „nieredukowalnie złożone” struktury są w rzeczywistości - jak zostanie wykazane poniżej –redukowalne i ewolucyjne. Behe nadał im po prostu złą nazwę.

Błędna argumentacja Behe'go

Behe twierdzi, że systemy nieredukowalnie złożone nie mogą powstać stopniowo w wyniku ewolucji. A dlaczego? Logika jego rozumowania ma przebieg następujący:

  • (P1) Prosta, stopniowa ewolucja polega na dodawaniu krok po kroku kolejnych części.
  • (P2) Z definicji: system nieredukowalnie złożony, któremu brakuje części jest niefunkcjonalny.
  • (C) Stąd, wszystkie możliwe ewolucyjne stopnie pośrednie, czyli formy prekursorskie względem systemu nieredukowalnie złożonego muszą być niefunkcjonalne.

Oczywiście argumentacja Behe'go jest nieprawdziwa, gdyż pierwsze założenie (P1) jest fałszywe: stopniowa evolucja może znacznie więcej niż dodawać części. Na przykład może również modyfikować lub usuwać części. A rozumowanie Behe'go o nieredukowalnej złożoności ogranicza się do odwracania procesu dodawania części. Dlatego koncepcja nieredukowalnej złożoności nie może powiedzieć nam niczego przydatnego na temat sposobu, w jaki dana struktura się rozwinęła lub nie.

Dwukrok Mullera

Po wyjaśnieniu błędu Behe'go pozostaje nam już tylko przedstawić zaskakująco proste rozwiązanie zagadki „nieredukowalności” Behe'go. Tylko dwa kroki są potrzebne by system „nieredukowalnie złożony” był w stanie stopniowo ewoluować od funkcjonalnej formy prekursorskiej:

  1. Dodać część.
  2. Sprawić, by była konieczna.

To bardzo proste. Po wykonaniu tych dwóch kroków usunięcie części wprawdzie skasuje daną funkcję, ale system był zbudowany bezpośrednio z formy prekursorskiej – mniej złożonej ale funkcjonalnej. A to jest dokładnie to, co według Behe jest niemożliwe.

Jako naukowe wyjaśnienie dwukrok Mullera cechuje wysoki stopień ogólności i skuteczności, ponieważ zachowuje ważność niezależnie od specyfiki systemu. W rzeczywistości oba kroki mogą wydarzyć się jednocześnie, w ramach tego samego procesu, a nawet pojedyńczej mutacji. Funkcja może w czasie tego procesu zostać zachowana lub ulec zmianie. Kroki mogą być funkcjonalnie korzystne (adaptatywne) lub nie (neutralne). Nie ma nawet potrzeby przywoływania mechanizmu naturalnej selekcji — wystarczy dryf genetyczny, podstawowy proces naturalnej ewolucji. Ilość sposobów przyłączenia części do struktury biologicznej jest praktycznie nieskoczona, podobnie jak liczba sposobów zmiany systemu, tak by funkcja przyłączonej części nabrała zasadniczego znaczenia. Zwykły, prosty proces genetyczny może z łatwością dokonać obu tych rzeczy.”

Źródło: "The Mullerian Two-Step: Add a part, make it necessary
or, Why Behe's "Irreducible Complexity" is silly"
http://www.talkorigins.org

Ale właśnie: czy Wilber zadał sobie trud zapoznania się z bezpośrednią i obszerną krytyką dzieła Behe'go, a w rezultacie – skonfrontowania się z własnym niezasadnym kreacjonizmem?

Nie.

Chyba najbardziej niepokojącym zdaniem z ostatniego, antydarwinowskiego wystąpienia Wilbera jest to, gdzie śmiało i bez wdawania się w subtelności oznajmia:

“Ale – do diabła - w żadnym razie nie ma mowy o tym, żeby Wszechświat przeszedł od atomów do Szekspira dzięki jakimś przypadkowym konwulsjom.”

Nie wiem czy przywołanie diabła w tym kontekście jest przejęzyczeniem freudowskim czy nie, ale wiem napewno, że Wilber po raz kolejny wykazuje całkowite niezrozumienie ewolucji przez dobór naturalny. Nie Ken, Szekspir nie powstał z przypadkowych konwulsji!”.

Ken Wilber notorycznie ustawia sobie rozmówcę „do ciosu”, by wzmocnić swoją wysoce wątpliwą tezę, jakoby jakaś siła wyższa (miłość!) sprawiała, że świat się kręci, ćmy zmieniają się w motyle, a medytujący w bodhisattwów.

Ewolucjoniści w żadnym razie nie twierdzą, że wyłącznie przypadek, ślepy traf i nic więcej, decyduje o pojawieniu się nowej, lepiej zaadaptowanej formy na tym świecie.

Na marginesie, sam fakt, że Wilber tak uporczywie używa tego samego chwytu sugeruje coś nie do końca czystego w jego podejściu do tematu.

Albo, jak to jest jeszcze bardziej obrazowo określone na stronie www talksorigins.org w artykule "Five Major Misconceptions about Evolution" (Pięć głównych nieporozumień na temat ewolucji):

“Chyba żadne inne stwierdzenie nie pokazuje lepiej, że rozmówca nie rozumie ewolucji.”

Dalej na Stronie:

“Losowość faktycznie odgrywa wielką rolę w ewolucji, ale ta argumentacja całkowicie ignoruje podstawową rolę naturalnej selekcji, a selekcja to przeciwieństwo przypadku. Przypadek, w formie mutacji, jest źródłem genetycznej różnorodności, która jest jakby surowym materiałem, nad którym dopiero pracuje naturalna selekcja. Wybiera ona z całej puli tylko niektóre wariacje. Te z nich, które dają większe szanse sukcesu reprodukcyjnego ich posiadaczowi (i zapewnią, że korzystna mutacja stanie się niezbędna) zostają zachowane, a mniej udane są usuwane. Kiedy zmianie ulegnie środowisko, albo kiedy organizmy przenoszą się do nowego środowiska, wyselekcjonowane zostają inne wariacje, co doprowadza w rezultacie do powstania nowych gatunków. Szkodliwe mutacje zazwyczaj szybko ulegają likwidacji, by nie przeszkadzały w procesie akumulacji mutacji korzystnych.

Podobnie abiogeneza (tutaj – pierwotne powstanie życia jako takiego) nie miała miejsca jedynie przez przypadek. Atomy i cząsteczki nie dobierają się w sposób chaotyczny, ale zgodnie ze swoimi właściwościami chemicznymi. Ma to zwłaszcza miejsce w przypadku atomów węgla, co oznacza, że istnieje pewność, że spontanicznie będą powstawały złożone cząsteczki, a te z kolei będą oddziaływały na siebie nawzajem, by stworzyć jeszcze bardziej skomplikowane cząsteczki. Kiedy powstanie cząsteczka, która mniej-więcej posiada zdolność do samoreplikacji naturalna selekcja poprowadzi ten twór ku coraz bardziej wydajnym replikatorom. Pierwsze samoreplikujące się obiekty nie musiały być tak skomplikowane jak dzisiejsze komórki, ani nawet jak łancuch DNA. Niektóre samoreplikujące się cząsteczki nie są wcale złożone (jak na związki organiczne).”

Źródło: : "Five Major Misconceptions about Evolution"
http://talkorigins.org

Z krytyką błędnego rozumienia (misunderstanding of evolution) ewolucji przez Kena Wilbera wystąpiłem po raz pierwszy w roku 1996, po publikacji jego książki „Krótka historia wszystkiego” (A Brief History of Everything). Minęło 14 lat i najwyraźniej Wilber jeszcze głębiej się okopał na pozycjach kreacjonistycznych, które niestety przypominają do złudzenia kontestację darwinizmu w stylu fundamentalistów chrześcijańskich. A nie trzeba się bardzo mocno rozglądać, by znaleźć alternatywne teorie na temat powstania Wszechświata, na przykład „Wielki projekt” Stephena Hawkinga i Leonarda Mlodinova, w języku polskim wyd. przez Albatros, (tytuł oryginału The Grand Design) albo Sean'a Carrolla From Eternity to Here. To dla początkujących - bez potrzeby odwoływania się do Erosa.

„Teoria Integralna bez integrity (ang.: integralność, ale też: prawość, uczciwość – przyp. tłum) jest całkowicie skompromitowana.”

(tłumaczenie: Katarzyna Dziuban)